|
Common Biografia
W wirze walki
Wydanie debiutu w roku 1992 zakrawało na idiotyzm. Na nowojorskich ulicach
szalały krążki Diamond’a D, Das Efx i Gang Starr, każdy Kalifornijczyk
delektował się dźwiękami „The Chronic” Dr. Dre, a wszyscy głodni
alternatywy mieli Beastie Boys oraz The Pharcyde w najwyższej
formie. To były gruby rok. Common zapewne chłonął te klasyczne już
dzisiaj płyty, tak jak chłonął religijno-społeczną literaturę i płyty Public
Enemy. W końcu zdecydował się na uderzenie z własnym materiałem. Uderzenie
wydawałoby się nieco masochistyczne, bo komu chciałoby się słuchać w tak
wspaniałym roku albumu jakiegoś typka z bliżej nieznanej sceny w Chicago. Nawet
jeśli ten typek miał swoje pięć minut w sławnej rubryce pisma „The Source” -
„Unsigned Hype”?
Jak
się jednak okazało, znalazło się parę osób, które sprawdziły „Can I Borrow A
Dollar?” Common’a (wówczas dodawał do tej ksywki jeszcze przyrostek
Sense), bo najpierw single, a potem cały longplay zaznaczyły swoją obecność na
listach sprzedaży. Niestety, pomimo przychylnych wówczas ocen prasy, z
dzisiejszej perspektywy nie jest to album przełomowy, jak wspomniane wyżej
produkcje z tamtego roku. Loonie Lynn (tak ma w dowodzie napisane bohater tego
tekstu) nie miał jeszcze własnego stylu, miotał się ze swoją chaotyczną nawijką,
a całość brzmi momentami chaotycznie, nieskładnie i – co tu dużo mówić – źle się
jej słucha w roku 2007. Gdyby jednak popatrzeć na „Can I Borrow A Dollar?”
z innej strony, był to całkiem dobry prognostyk przed następnym krążkiem, który
miał już w pełni zatrząść sceną. Dosłownie i w przenośni.
Dobre oceny pism branżowych i pozytywna reakcja fanów zmobilizowały Common
Sense’a do podążania obraną wcześniej drogą. Producent pozostał zatem ten
sam, zmieniła się tylko wytwórnia – Relativity zostało zamienione na
Ruthless, label założony przez Eazy’ego-E, słynnego „Czarnucha z
Charakterem”. Mylił się jednak ten, kto uważał, że kolejne wydawnictwo
Commona przepełnione będzie gangsterską treścią. „Resurrection” – jak
wspominałem – kontynuowało styl obrany przy okazji pierwszego CD, z tym że
wyzbyto się drażniącego podśpiewywania i nieskładności. Brzmienie stało się
bardyiej klarowne, No I.D. z tamtego okresu porównywany jest często do
Pete Rocka i rzeczywiście coś w tym jest. Bębny układane były w podobnym
stylu, podpierano je mięsistym basem, a sample czerpano głównie z jazzu i soulu.
No właśnie, sample… To one uwidaczniały różnicę między Rockiem a No I.D.
O ile popularny „Soul Rother #1” ciął je i szatkował ile sił, o tyle
beatmaker Commona nie robił z nimi absolutnie nic. Po prostu – wynajdywał
pętle na starych winylach, wrzucał na mocną perkusję i koniec. Gdyby jednak
przymknąć na to oko, muzycznie „Resurrection” nie odbiega zbytnio od
najwybitniejszych dokonań 1994 roku – „Illmatic” Nasa i „Ready
To Die” Notoriousa B.I.G..
Common wyluzował się, zdał sobie sprawę, że nie ma takiego flow, aby szaleć
z nim w piosenkach, wobec czego odstawił go troszkę na bok i postawił na treść.
A ta była wyborna. Nadal bardzo dobrze bawił się słowem („Communism”),
ale tym razem oprócz przechwałek dużo miejsca zajęły obserwacje i sprawy
osobiste:
„Mieszkam z matką / ta sama rutyna, posprzątać pokój itp. / Chcę jakoś to
zmienić, ale nie ma możliwości / Zrozum, dwadzieścia dwa lata na karku / A nie
mam czasu na małżeństwo”, rapuje w „Book Of My Life”. Takich
gorzkich, pesymistycznych linijek człowieka bez perspektyw jest więcej.
„Resurrection” na dobrą sprawę zaistniał w świadomości słuchaczy dopiero
dzięki kontrowersyjnemu singlu „I Used To Love H.E.R.”. Hip-Hop został tu
przedstawiony jako kobieta, którą Common najpierw pokochał, ale ta z
czasem zaczęła się oddalać od pierwotnych wartości na rzecz używek i zabawy:
„Spotkałem tą dziewczynę, gdy miałem 10 lat / i to co w niej najbardziej
kochałem, to dusza / To był old school, a ja byłem małolat / (…) Szanowałem ją,
trafiała prosto do mojego serca / kilku nowojorskich czarnuchów stworzyło ją w
parku”- rymuje w pierwszej zwrotce, by potem przejść w dramatyczny ton: „Teraz
jest gangsta, i kręci z innymi sukami / Non stop pali blanty, non stop pije /
opowiada straszne historie / a teraz piep**y się tylko z funkiem”.
Trafna analiza nie wydawała się taka trafna dla gangsta raperów z Zachodniego
Wybrzeża, w których został wymierzony numer. Jako pierwszy odpowiedział Ice
Cube, naczelny komentator społeczny w hip-hopie, „Chuck D Zachodniego
Wybrzeża”. Wspólnie z pomocą swoich kompanów z Westside Connection – W.C. i
Mack 10 – nagrał „Westside Slaughter House”, jadowitą odpowiedź na
zaczepki Lynna. Spodziewano się jednego z ciekawszych beefów od czasu
starcia KRS-One’a z Juice Crew, tymczasem sprawa była właściwie
rozstrzygnięta po odpowiedzi Commona „Bitch In You”. Miażdżące
linijki (nie warto cytować, radzę przestudiować cały tekst) podane na kozacki
beat Pete Rock’a były za dobre, aby Westside Connection mogło
jeszcze coś zdziałać. Aby uniknąć nieprzyjemności, na prośbę Louisa
Farrakhana, duchowego przywódcy Afroamerykanów, nastąpiło oficjalne
zakończenie starcia. Loonie Lynn wyszedł z niego jako zwycięzca.
Zmiany...
Common
nie był zbytnio zadowolony z polityki wytwórni Ruthless. Rozgoryczony
niweczeniem jego wysiłku, zarzucał firmie zerowe działania w kwestii promocji i
takie samo wsparcie finansowe. Konsekwencja takich działań wydawała się
oczywista – w niemiłej atmosferze Lynn opuścił label Eazy’ego-E i
wrócił na stare śmieci, niczym syn marnotrawny – do macierzystego Relativity.
Bynajmniej, nie spieszył się z wydaniem nowego materiału. Miały na to wpływ trzy
zdarzenia. Po pierwsze, Common Sense – grupa z Los Angeles grająca reggae
– pozwała Commona do sądu za przywłaszczenie sobie ich nazwy. Mniejsza o
to, że zespół nie był znany na szerszą skalę i możliwe, że chciał tylko wybić
się na fali ówczesnej popularności rapera – prawo to prawo, rozprawa odbyła się,
ale szczęśliwie dla naszego bohatera wszystko skończyło się polubownie i musiał
jedynie skrócić swój pseudonim do „Common”. Po drugie, Loonie Lynn
przeżywał wówczas upojny okres z Eryką Badu, doskonale znaną na całym
świecie wokalistką soul. Miłość co prawda nie została przypieczętowana ślubem,
ale nie przeszkodziło to parze do wypuszczenia na świat owocu wzajemnego uczucia
– córki Ofoye. Po trzecie, MC mieszkający dotychczas w Chicago
przeprowadził się do kolebki hip-hopu – Nowego Jorku. Te dwa ostatnie
wydarzenia z pewnością odbiły się na długo oczekiwanym trzecim krążku.
„One Day It’ll All Make Sense” – bo taką nazwę nosił tamten longplay -
powinien się nazywać „One CD It’ll All Make Sense”, gdyż to on wypchnął
rapera na głębszą, bardziej komercyjną wodę i zapewnił spory sukces finansowy.
Być może to zasługa wspomnianych gości (a byli to m.in. Q-Tip z A Tribe
Called Quest, De La Soul, Black Thought z The Roots oraz Cee-Lo),
którzy wynieśli postać Commona na wyższy szczebel muzycznej drabiny. Być
może to też zasługa muzyki, która złagodziła się, stała się bardziej miękka,
przystępniejsza, choć nadal dobra. No I.D. rozwinął swój warszat,
dobierał sample krótsze, różnorodniejsze, ale nadal miało to jednak sens i
charakter. Common to z kolei inna bajka. Nie zmienił swojego stylu ani o
jotę, nadal wplątując nas w swoje autobiograficzne, pełne trafnych spostrzeżeń
historie. Wzruszający singiel „Retrospect For Live” poświęcony tematowi
aborcji z przeżywającą wówczas swoje najlepsze momenty zawodowe Lauryn Hill
był tego najlepszym dowodem. Magazyn „Rolling Stone” chwali rapera,
pisząc „Common could be the most thoughtful, lyrically skilled rapper you've
never heard of”, zaś na koniec recenzji dodaje “One Day It'll All Make
Sense’ (is) the kind of morality tale rap so desperately needs.”. Trudno się
z tym nie zgodzić.
Przy pracy nad kolejnym albumem Common postanowił nie skorzystać już z
pomocy swojego kompana z Chicago – No I.D. Zdziwi się jednak ten, kto
uważa że przeprowadzka do Nowego Jorku zaowocowała koneksjami z tamtejszym
muzycznym światkiem. Co prawda Lynn pojawił się na składance „Soundbombing
Vol. 2” firmowanej przez nowojorski podziemny label Rawkus oraz na
płytach Pharoahe Moncha, The Beatnuts i Black Stara, ale na swój kolejny
krążek nie dobrał sobie już tak znamienitych gości z „Wielkiego Jabłka”.
„Like
Water For Chocolate” – czwarty krążek – zdominowały postacie, które na co
dzień nie zajmują się rapowaniem, a śpiewaniem i graniem na instrumentach.
Mieliśmy zatem trębacza Roya Hargrove’a, D’Angelo, Jill Scott, Erykę Badu,
Questlove’a z The Roots i J Dillę. W konsekwencji otrzymaliśmy płytą
subtelną, organiczną, płynącą swoim tempem, zdecydowanie bliższą soulowi niż
jazzowi. Singiel produkcji DJ Premiera („The 6th Sense”) nijak się
miał do reszty materiału, nie reprezentował go sobą w ogóle. Jakież więc musiały
być miny tych, którzy na kupno zdecydowali się po przesłuchaniu tego numeru! Już
lepiej mieli Ci, którzy sugerowali się kolejnym singlem – „The Light” –
definitywnie lepiej wbijającym się w całość kompozycji. Co więcej, numer ten
został nominowany do prestiżowej nagrody Grammy, a sam krążek krytycy
ocenili bardzo entuzjastycznie i jednogłośnie uznali za najlepszy w karierze
Commona.
Mając nieograniczone zaufanie ze strony wytwórni MCA, z którą związał się
przy okazji „Like Water…” zdecydował się wstąpić na grząski grunt muzyki
eksperymentalnej. Krótko mówiąc jednak – przekombinował. „Electric Circus”
to zdaniem krytyki najbardziej niezrozumiała pozycja w dyskografii artysty. To
już nie był rap, to był prawdziwy misz-masz, w którym hip-hop stanowił tylko
punkt wyjścia do dalszego eksperymentowania z rockiem, bluesem, punkiem, funkiem
i elektroniką. Niestety, nie miało to rąk i nóg, zróżnicowani goście (Jill
Scott, Erykah Badu, Mary J. Blidge, Bilal, Neptunes czy Sonny z P.O.D.)
zaczęli męczyć na dłuższą metę, całość nie była jakby do końca przemyślana, a
sam Common próbował dosłownie wszystkiego (8-minutowa dedykacja dla
Jimmiego Hendriksa jest tego najlepszym przykładem), byle tylko nie zawieść
swoich fanów. A jak pokazala przyszłość – wystarczyło tak niewiele, by zaspokoić
gusta swoich wielbicieli...
Być (z Kanye Westem)…
Tytuł tego podrozdziału wydawałoby się, że mówi wszystko. Common się
sprzedał! Dobrał sobie najpopularniejszego producenta w USA, aby ten generował
mu hit za hitem i wspiął go na szczyty list przebojów, z których z łomotem spadł
po porażce komercyjnej „Electric Circus”. Nic z tych rzeczy.
Kanye
może i jest jednym z bardziej wziętych muzyków w branży, ale nie
zapominajmy, że ma też za sobą współpracę z zaangażowanym społecznie Talibem
Kwelim, mocno kombinującym Mos Defem czy podziemnymi Dilated
Peoples. I choć Westowi zarzuca się kopiowanie patentów czy momentami
za słodziutki styl, to przy współpracy z Commonem wyzbył się tych
mankamentów. „Be” – bo tak nazywał się efekt współpracy tych panów – z
miejsca został okrzyknięty jednym z najważniejszych wydarzeń na scenie. Oceny
branżowych magazynów mówią zresztą za siebie - maks od „XXL”, 4.5/5 od „The
Source”, 4/5 ze strony „Rolling Stone” i niezliczona ilość tytułów
„Albumu roku 2005”.
Common sprawdzał się we wszystkich aspektach lirycznych, umiał zarówno
opowiedzieć chwytającą za serce opowieść o żonie mężczyzny oskarżonego o „hustlerkę”
(był tzw. w Polsce „alfonsem”), jak i zdać relację z codziennego życia
czarnoskórej społeczności na rogach ulic. Rymował spokojnie, pewnie, czuć było w
tym wszystkim chemię pomiędzy nim, a Kanye Westem (nie powinno to jednak
dziwić, wszak obaj panowie pochodzą z Chicago). Producent najwyraźniej czuł wagę
i rozmiar wydarzenia i stworzył brzmienie pełne, wciągające, czerpiące z soulu i
jazzu. Trzy mistrzowskie perełki oddał ś.p. J Dilla, i to one wraz z
kusztem lirycznym Loonie Lynn’a, wyczuciem Westa i doskonałymi
głosami gości (m.in. Bilal, John Legend) dały w efekcie jedną z lepszych
pozycji XXI wieku.
Najpewniej zmotywowany ogromnym sukcesem – i finansowym, i artystycznym –
Common postanowił kontynuować współpracę z Westem. To on odpowiada za
lwią część produkcji na goszczącym od kilku tygodni na półkach „Finding
Forever”. Oczywiście nie zabrakło muzyki autorstwa J Dilli (jeden
numer z jego ostatniego, pośmiertelnego albumu „The Shining” – „So Far To Go”),
pojawiły się też produkcje Will.I.Am'a i kilku innych, mniej znanych
producentów. Single promujące krążek są doprawdy znakomite, ale recenzje już
równie entuzjastyczne nie są. Ot, udany krążek i tyle. Zarzuca się przede
wszystkim mały zastój w rozwoju raperskim Commona i nieco słabszą formę
Kanye Westa. Czy jest tak w rzeczywistości? Być może, ale i tak warto
nabyć „Finding Forever”, bo Common to marka. Tu nie może być mowy
o złym albumie…
źródło : cgm.pl
Dyskografia
Finding Forever (2007r.)

01. Intro
02. Start The Show
03. The People
04. Drivin' Me Wild (feat. Lily Allen)
05. I Want You
06. Southside (feat. Kanye West)
07. The Game
08. U, Black Maybe
09. So Far To Go (feat. D'Angelo)
10. Break My Heart
11. Misunderstood
12. Forever Begins
Recenzja:
Dwa lata temu Common i Kanye West wyczarowali ponadczasowy album, urzekający
liryczną świeżością i soulfulowym brzmieniem. "Be" został pozytywnie odebrany
zarówno przez krytyków, jak i fanów czarnej muzyki, którzy w liczbie ponad 700
tys. sięgnęli po szósty solowy krążek chicagowskiego poety. Niecierpliwie
wyczekiwany następca czterokrotnie nominowanego do nagrody Grammy albumu
zatytułowany został "Finding Forever" (GOOD Music/Geffen). Producentem
wykonawczym płyty, jak również autorem zdecydowanej większości znajdujących się
na niej kompozycji, jest ponownie Kanye West - uzależniony od samplowania,
muzyczny geniusz z Wietrznego Miasta.
Pozostanie w znacznym stopniu przy formule obecnej na "Be" jest jednocześnie
darem i przekleństwem najnowszego projektu Commona. Obdarzony wyjątkowym
talentem MC po raz kolejny dostarcza szczery i uduchowiony przekaz, imponując
przy tym erudycją i życiową mądrością. W otwierającym album utworze "Start The
Show", Com triumfuje błyskotliwymi punchlines w asyście bujającej fuzji ostrych
skrzypiec i radosnych klawiszy ("Your live show is hollow, shoulda kept it
local, Rappin over vocals, soundin soft as JoJo, With twelve monkeys on stage
it's hard to see who's a gorilla, You was better as a drug dealer...").
Charakterystyczne dla duetu Common/West brzmienie odnaleźć można w promującym
materiał nagraniu "The People", którego łagodna strona muzyczna obfituje w
kojące dźwięki fletu zestawione z wysamplowanymi dodatkami wokalnymi.
Zaangażowany społecznie rap Commona uzupełnia gładkim refrenem Dwele. W roli
storytellera chicagowski MC występuje w numerze "Drivin' Me Wild", w którym
wokalnego wsparcia udziela jemu brytyjska sensacja muzyki pop - Lily Allen.
Ekskluzywna kolaboracja z Will.I.Am'em następuje w dość usypiającym i
pozbawionym atrakcyjności utworze "I Want You", podczas gdy liryczną eksplozję
przynosi ze sobą kawałek "Southside", w którym Com i Kanye wymieniają się
przepełnionymi arogancją i energią wersami, w pełni wykorzystując oparty na
gitarowych riffach instrumental ("The broads, the cars, the half moon, the
stars, I'm like Jeff Fort the way I get behind bars, Burn cd's with no regard
for the stars, Come to the grip with conflict, diamonds and the arts, Back in
'94 they call me Chi-town's Nas, Now them niggas know I'm one of Chi-town's gods...").
Prawdziwym brylantem na krążku jest utwór "The Game", w którym West proponuje
twardy, old-schoolowy baseline w stylu boom bap, a turntablistyczne
błogosławieństwo całemu przedsięwzięciu zapewnia sam DJ Premier. Powrót do
klasycznego soulfulu ma miejsce w bazującym na samplu z repertuaru Steviego
Wondera nagraniu "U, Black Maybe", w którym znakomity popis wokalny daje
wieloletni partner Commona - Bilal. Świętej pamięci J Dilla odpowiada za
produkcję utworu "So Far To Go", który w zmodyfikowanej od strony lirycznej
wersji znalazł się na pośmiertnym albumie producenta z Detroit ("The Shining").
Instrumentalny hołd zmarłemu artyście składa Kanye West w numerze "Break My
Heart", czerpiąc ze sposobu, w jaki Jay Dee rozciągał sample i lokował je na
miękkiej perkusji. Melancholijny dźwięk zawiera w sobie stonowana, niesiona
przez ciężkie akordy pianina kompozycja autorstwa Devo Springsteena (kuzyna
Kanye Westa), który produkuje utwór "Misunderstood", w którym Com nakreśla
bolesny obraz ludzkich błędów i nieporozumień. Finalnym akordem płyty jest
optymistycznie usposobione nagranie "Forever Begins" z fantastycznym
instrumentalem Westa, który wypełnia go marszową perkusją, ciepłym pianinem,
przyspieszonymi samplami wokalnymi i gospelowym akcentem w refrenie. Common
zamyka album introspektywnymi wersami, podczas gdy na sam koniec utworu do głosu
dochodzi ojciec rapera, zostawiając po sobie metafizyczne przesłanie.
"Finding Forever" byłby zapewne uznany za album doskonały, gdyby nagrał go inny
MC, aniżeli Common Sense. Jednak w bogatej dyskografii mistrza z Chi-Town
materiał ten może najwyżej aspirować do miana przyzwoitego. Raperowi wciąż nie
można odmówić pasji i motywacji podczas rymowania, a dbający o warstwę muzyczną
Louis Vuitton Don ma niezliczoną ilość pomysłów na tworzenie porywającej muzyki.
Problem polega jednak na tym, iż proponowana przez obydwu artystów formuła ulega
powoli rozkładowi, co można momentami odczuć w trakcie sesji z "Finding Forever".
Albumem "Be" Common postawił sobie poprzeczkę niezwykle wysoko, a jego Hip-Hop,
choć nadal godny podziwu tak w formie, jak i treści, brzmi mało progresywnie i
sprawia wrażenie nieco ograniczonego. Fani inteligentnej, hip-hopowej rozrywki
nie powinni mieć jednak wątpliwości, iż "Finding Forever" reprezentuje to, co
zawiera w sobie nazwa sublabelu Commona - GOOD Music.
źródło: hip-hop.pl
Be (2005r.)

1. Be (Intro)
2. The Corner
3. Go!
4. Faithful
5. Testify
6. Love Is...
7. Chi-City
8. The Food
9. Real People
10. They Say
11. It's Your World
Recenzja:
Hip-Hop to muzyka, która swoje piękno zawdzięcza artystom, którzy potrafili
połączyć ją z innymi gatunkami, jak Soul, Blues czy Jazz. Od początku świadomi
tego byli m.in. De La Soul, A Tribe Called Quest, Jurassic 5 czy Digable Planets.
Wśród ludzi, którzy zawsze wychodzili poza sprawdzone schematy, szukając
własnego brzmienia i eksperymentując z różnorodnością dźwięków, był również
Lonnie Rashied Lynn aka Common, który po trzech latach przerwy, powraca z
szóstym solowym albumem, zatytułowanym "Be".
Wielkość rapera, o którym dzisiaj mowa, nie polega wyłącznie
na wokalnych umiejętnościach, jakimi został on obdarzony. MC, który tworzy
projekt bez przemyślanej koncepcji, może i w dzisiejszych czasach zyska sławę i
pieniądze, ale nigdy nie zdobędzie szacunku i szczerego zrozumienia. Common od
samego startu miał wizję, miał przekonania oraz świadomość, iż każda z jego
płyt, musi być po prostu inna. Wszyscy fani reprezentanta Chicago znają
niekonwencjonalność i kreatywność, które zaprezentował jeszcze jako Common Sense
na "Can I Borrow A Dollar?" i "Ressurrection", gdzie demonstrował sprzeciw w
kierunku rozwijającego się gangsta rapu oraz jego komercjalizacji. Po
przeprowadzce do Nowego Jorku, Common dalej odkrywał możliwości czarnej muzyki,
tworząc wraz z NO I.D. "One Day It'll All Make Sense" oraz przełomowy w swojej
karierze, zbierający wyłącznie znakomite recenzje, klasyczny album o pięknym
tytule "Like Water For Chocolate", który sprzedał się w ilości prawie 800 tys.
egzemplarzy. Za utwór "The Light" Common został nawet nominowany do nagrody
Grammy. Wytwórnia MCA, pozytywnie zaskoczona sukcesem "Like Water For Chocolate",
dała raperowi zupełnie wolną rękę przy tworzeniu następnego LP. Albumem
"Electric Circus" Common potwierdził swoją artystyczną niezależność, tworząc
muzyczny eksperyment, który jednak był zbyt skomplikowany dla odbiorców, co
wyraźnie negatywnie odbiło się na jego sprzedaży.
Tym samym MC zmuszony został do poszukania sobie nowego
wydawcy, jak i również producenta, z którym mógłby powrócić do gry, jeszcze raz
prezentując nowe pomysły i świeże spojrzenie na obecny Hip-Hop. Tą osobą okazał
się Kanye West i jego wytwórnia G.O.O.D. (Getting Out Our Dreams) Music. Do tej
pory Common współpracował z określoną grupą producentów, od wspomnianego NO I.D.
po The SoulQuarian's (Jay Dee, Questlove, D'Angelo i James Poyser). Wyjątkami w
tym kolektywie mogą być chociażby DJ Premier czy The Neptunes, jednak nie
zmienia to faktu, iż od strony muzycznej jego albumy wyglądały zawsze
perfekcyjnie i przede wszystkim konceptualnie.
Nowe dzieło Commona nie przynosi w tym aspekcie żadnych
zmian. Także i tym razem mamy przed sobą przemyślany i starannie dopracowany
materiał. Za podkłady na "Be" odpowiedzialni są dwaj wielcy producenci. Pierwszy
z nich to oczywiście Kanye West, który jest autorem aż 9 z 11 produkcji.
Pozostałe dwie należa do J Dilla aka Jay Dee, któremu choroba przeszkodziła
niestety w większym zaangażowaniu się w powyższy projekt. Od samego początku
albumu napotykamy na prawdziwe bogactwo dźwięków. Jazz i Soul z lat
siedemdziesiątych to gatunki, które obecne są w niemal każdym utworze. Dodatkowo
podkłady przepełnione są pozytywną energią i sprawiają, że czujemy się wolni i
zrealaksowani.
Najlepszym na to dowodem jest otwierający płytę kawałek "Be",
na którym Common uzewnętrznia swoje szczęście na melodyjnym podkładzie Kanye,
który przy jego tworzeniu inspirowany był dokonaniami Digable Planets. Przyznam,
iż dawno nie słyszałem tak dobrego wstępu. Common rozpoczyna z wielkim
zaangażowaniem i mobilizacją: "I want to be as free as the spirits of those
who left / I'm talking Malcom, Coltrane, my man Yusef / Through death through
conception / New breath and resurrection / For moms, new steps in her direction..."
Drugi utwór to połączenie inteligentnych rymów Commona z
old-schoolowym baselinem Kanye Westa. MC opowiada tutaj, jak wielkie znaczenie
dla każdego Afro-Amerykanina ma uliczny róg. Nie jest to jednak typowe
zestawienie ulicznej strzelaniny z grą w kości. Common rymuje z wielką pasją,
przybliżając nam zasady i obyczaje czarnej kultury: "...Black church
services, murderers, Arabs serving burger its / Cats with gold permanents move
they bags as herbalist / The dirt isn't just fertile its people working &
earning this / The curb-getters go where the cash flow & the current is..."
Dodatkowo na refrenie swoim głębokim głosem wspomaga go Kanye, a zaraz po nim
legendarni The Last Poets, którzy jeszcze bardziej uwiarygadniają poruszony
temat.
Następne dwa utwory to praktycznie sama słodycz w wykonaniu
Commona. "Go" ukazuje nam rapera, którego stonowana wcześniej miłość przeradza
się w obsesję i seksualne zapędy. Utwór ten powstał przy współpracy Westa z
Johnem Mayerem, z którym producent spotkał się podczas kinowego seansu. Kanye
pokazał tutaj prawdziwy geniusz. Muzyka ma niezwykle romansowy charakter, który
sprawia, iż Common odpływa w erotyczne fantazje: "...Free love I wanna see
uh, hot sex in the third degree uh...". "Faithful" to z kolei czysta esencja
soulfulowego Kanye Westa. Tym razem Mr. Lou Vuitton Don serwuje klasyczne
połączenie miękkich bębnów z ciepłym wokalnym samplem, dopieszczając wszystko
piękną harmonijką. Common spokojnie płynie po bitcie, umiejętnie przelewając na
papier same pozytywne wartości. Na hooku idealne uzupełnienie stanowią John
Legend, który w gospelowym tonie kończy cały kawałek oraz Bilal - znany z
pięknych refrenów, chociażby na "The 6th Sense" Commona.
"Testify" to jedena z bardziej niekonwencjonalnych pozycji na
krążku. Lonnie Lynn postanowił ukazać nam nieprzewidywalny storytelling, który
dotyka problemu kobiety, zaangażowanej w obronę męża-hustlera na sali sądowej.
Common jest naprawdę doskonałym narratorem, którego flow zostało zestawione z
magicznym w swojej prostocie podkładem Kanye. Talent z Chicago potwierdza, iż
jest obecnie królem samplingu, zwłaszcza gdy chodzi o wokalne eksperymenty.
Utworem "Love Is" Common powraca do spraw od zawsze bliskich jego sercu, kolejny
raz ukazując brak miłości w naszym życiu codziennym. To także jeden z tych
kawałków, gdzie Kanye zastąpiony został przez Jay Dee, którego muzyka
charakteryzuje się jeszcze bardziej głębokim przesłaniem. Dilla tworzy tutaj
przepiękny podkład, samplując samego Marvina Gaye'a. Przyznam, iż numer ten jest
moim faworytem na płycie.
Na siódmej pozycji przychodzi czas, aby powiedzieć kilka słów
prawdy w stronę dzisiejszych MC's, których Common w kawałku "Chi-City" pyta:
"...What you rappin' for to get fame or get rich?...". W następnym wersie
następuje natychmiastowa odpowiedź: "...I slap a nigga like you, and tell him
"Rick James bitch!"...". Cały utwór przepełniony jest punch-linijkami, które
świetnie komponują się z old-schoolowym bitem Westa. Common pokazuje, iż jest
sumiennym obserwatorem hip-hop'owego świata i potrafi wyrażać swój krytyczny
stosunek do zmian, jakie w nim następują. Jak wszyscy pamiętamy, po raz pierwszy
miało to miejsce w 1994 r., kiedy to MC nagrał legendarny już kawałek "I Used To
Love H.E.R.".
Następny numer to znany już dobrze wszystkim "The Food",
który Common wraz z Kanye zaprezentowali w programie Dave'a Chappelle. W moim
odczuciu jest to najlepszy podkład w wykonaniu Westa na całym albumie. Pianino
brzmi tutaj po prostu cudownie. Na pewno pozytywnie zaskauje również zabawny
refren Kanye, u którego śpiew jest według mnie większą zaletą niż rymowanie.
Common dostosowuje się do soulowego klimatu i podaje kilka naprawdę gorących
wersów: "...We living in, my man in the fast lane pivoting / On the block
white is selling like Eminem / On the block it "Jump Off" like Kim and them / On
the block it's hot, you can feel it, in your skin and then...". Dwóch
Chicago's Finest stworzyło tutaj niesamowite przedstawienie.
"Real People" to z kolei lekko stonowany utwór, na którym,
przy dźwiękach saksofonu, Common odkrywa prawdę o ludziach otaczających nas na
codzień. Jego rymy ponownie bogate są w sensowne porównania i rzetelne oceny
rzeczywistości: "...I wonder is the spirits of Bob Marley and Haile Selassie
/ Watch me as the cops be tryna and pop and lock me / They cocky, plus they
mentality is Nazi / The way they treat blacks I wanna snap like paparazzi...".
Kanye tym razem produkuje bez udziału sampli, co dodatkowo podkreśla jego
nieprzeciętne umiejętności. Na "They Say" reprezentanci "Wietrznego Miasta"
ukazują siebie w konfrontacji z poglądami otoczenia. Common opisuje siebie w ten
sposób: "...I'm the black pill in the Matrix...". Natomiast Mr. West jest
zdecydowanie bardziej odprężony i swoją zwrotkę zaczyna: "...aaa sweet taste
of victory...". Produkcja Kanye ma ponownie niezwykle soulfulowy klimat,
który poparty jest odpowiednim wokalem niezawodnego Johna Legenda.
Na ostatnim kawałku Common przeprowadza prawdziwą
retrospekcję przez swoje życie. W ten sposób utworem "It's Your World Pt. 1 & 2"
raper ma na celu przekazać ludziom swoje życiowe doświadczenia i zmusić ich do
wiary we własne szczęście. Com przypomina m.in. o swoich problemach z alkoholem,
które przeszkodziły mu w ukończeniu studiów: "...Went to school on Baton
Rouge for a couple of years / My college career got down wit a couple of beers...".
Producentem tego numeru jest Dilla, który swoje kolejne dzieło oprawił pięknymi
skrzypcami i wzruszającym pianinem. Na refrenie ponownie usłyszymy głęboki głos
Bilala, natomiast całość, przy dźwiękach klasycznego pianina, kończy sam ojciec
Commona, który przekazuje zdobyte mądrości. Idealne zakończenie wspaniałej
przygody z albumem "Be".
Tak pięknego Hip-Hop'u świat nie słyszał już dawno. Common
przyniósł ze sobą wszystko to, co zawsze u niego kochaliśmy. Jego erudycja, jego
inteligencja oraz jego poetycki język - tego wszystkiego możemy doświadczyć,
słuchając nowego albumu artsyty z miasta Ala Capone. Kanye West, który na długo
przed wydaniem projektu, w oczach fanów Commona był osobą dla niego
nieodpowiednią, pokazał prawdziwą muzyczną wirtuozerię, tworząc magiczne
soulowo-jazzowe brzmienie, które możnaby porównać do "The Low End Theory" grupy
A Tribe Called Quest. Czy "Be" jest jednak klasykiem? Na dzień dzisiejszy chyba
nikt z nas nie jest w stanie tego stwierdzić. Myślę, że album ten to na pewno
masterpiece XXI wieku, który przypomina o sile współpracy MC z producentem i
pokazuje ogromny potencjał czarnej muzyki. Moim zdaniem Lonnie Lynn po trzynastu
latach kariery w pełni zasłużył na nagranie tak szczerego, jak i również
chwytliwego LP. Dla wielu jego zwolenników tymi najlepszymi wciąż pozostaną "Ressurrection"
i "Like Water For Chocolate", jednak "Be" to kolejny muzyczny progres Commona,
który, jak wskazują prognozy, zostanie również poparty wysoką sprzedażą płyty
(nawet 250 tys. w pierwszym tygodniu). Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko
gorąco namówić Was do kontaktu z tym projektem.
źródło: hip-hop.pl
Electric Circus (2002r.)

1. "Ferris Wheel"
2. "Soul Power"
3. "Aquarius"
4. "Electric Wire Hustler Flower"
5. "The Hustle"
6. "Come Close"
7. "New Wave"
8. "Star *69 (PS With Love)"
9. "I Got A Right Ta"
10. "Between Me, You & Liberation"
11. "I Am Music"
12. "Jimi Was A Rock Star"
13. "Heaven Somewhere"
Like Water For Chocolate
(2000r.)

1. "Time Travelin' (A Tribute To Fela)"
2. "Heat"
3. "Cold Blooded"
4. "Dooinit"
5. "The Light"
6. "Funky For You"
7. "The Questions"
8. "Time Travelin' Reprise"
9. "The 6th Sense"
10. "A Film Called (PIMP)"
11. "Nag Champa (Afrodisiac For The World)"
12. "Thelonius"
13. "Payback Is A Grandmother"
14. "Geto Heaven Part Two"
15. "A Song For Assata"
16. "Pops Rap III....All My Children"
One Day It'll All Make Sense (1997r.)

1. Introspective
2. Invocation
3. Real Nigga Quotes
4. Retrospect For Life
5. Gettin' Down At The Amphitheater
6. Food For Funk
7. G.O.D. (Gaining One's Definition)
8. My City
9. Hungry
10. All Night Long
11. Stolen Moments Pt. l
12. Stolen Moments Pt. ll
13. 1 '2 Many...
14. Stolen Moments Pt. lll (Intro/Outro)
15. Making A Name For Ourselves
16. Reminding Me (Of Sef)
17. Pop's Rap Part 2/Fatherhood
Resurrection (1994r.)

1. Resurrection
2. I Used To Love H.E.R.
3. Watermelon
4. Book Of Life
5. In My Own World (Check The Method)
6. Another Wasted Nite With...
7. Nuthin' To Do
8. Communism
9. WMOE
10. Thisisme
11. Orange Pineapple Juice
12. Chapter 13 (Rich Man Vs. Poor Man)
13. Maintaining
14. Sum Sh*t I Wrote
15. Pop's Rap
Can I Borrow a Dollar? (1992r.)

1. "A Penny For My Thoughts"
2. "Charms Alarm"
3. "Take It EZ"
4. "Heidi Hoe"
5. "Breaker 1/9"
6. "Two Scoops Of Raisin" (razem z Immenslope)
7. "No Defense"
8. "Blows To The Temple"
9. "Just In The Nick Of Rhyme"
10. "Tricks Up My Sleeve" (featuring Rayshel)
11. "Puppy Chow"
12. "Soul By The Pound"
13. "Pitchin' Pennies"
|